facebook
BOHATEROWIE

BURSZTYN

Już tylko powtarzali, że jest skończony, że złamało go życie. Takie tam pierdolety standardowe. Tak naprawdę bardziej powtarzali to sobie niż jemu. Nawet nie mieli pojęcia, że jest dokładnie odwrotnie. Poznał najpierw tego życia blaski i cienie, obcując z nauką i sztuką. A gdy zaabsorbował tyle inspiracji i marzeń, że w wyobraźni więcej nie potrzebował zmieścić, podróżował, poznawał ludzi, wygrywał pojedynki siłowe i słowne. Miewał kobiety, o jakich większość leszczy bezwolnie marzy, snując wysilone erotomańskie gawędy. W ramach otwartej konfrontacji z tabu łamał je, jak mu się podobało, i nie żałował. Poznał stany świadomości i czucia nieosiągalne dla szarych mas, godzących się tępo na wszystko, cokolwiek je spotka. Nie, to nie jego życie złamało. To właśnie on wypatroszył je i wycisnął, a z kwintesencji wydestylowanych jego soków wysmakował całą życia słodycz i gorycz. To on zużywał życie, jak tylko mógł i zamierzał wycisnąć je aż do ostatnich resztek… by nie zmarnować żadnego z jego smaków, żadnego wrażenia i żadnej chwili.

PSZCZÓŁKA

Pszczółka ją nazywały. I rzeczywiście, jak ta pszczółka uwijała się w nieustannej pracy… nad własną atrakcyjnością. Bezczelnie pewne siebie, przeciągłe spojrzenia tej dziewczyny zostawiały w człowieku trwały ślad, wypalony w wyobraźni jak znamię. A jeśli jeszcze wywróciła obłędem błękitnych oczu o niespotykanie lustrzanym blasku i przygryzła grube, malinowe usta, faceci gapili się w nią jak w obraz. Zalotny śmiech, brzmiący jak operowe arie, emitowała co chwila na całą salę… aż wszyscy patrzyli tylko na nią. Nie tylko niespeszona, ale zadowolona takim obrotem spraw, śmiała się jeszcze frywolniej i głośniej. Ewidentnie robiła to wszystko właśnie po to, by ją podziwiać. Nawijała po kolei z każdym z nich, sprawdzając, ile są warci. I po kolei wszystkich onieśmielała.

ELIAS

Elias zawsze chciał wiedzieć jak najwięcej. Szukał tego „szkła powiększającego albo nawet mikroskopu”, pod którym mógłby spokojnie obejrzeć, jak wygląda życie. W czasie matur oświadczył, że zastanawia się nad socjologią, psychologią, a nawet filozofią. Wyśmiali go, ktoś cynicznie rzucił, że „trzeba z czegoś żyć”, a reszta wyraźnie, raźnie i z przekonaniem mu przytaknęła. Starzy to samo, a on głupi uwierzył.

JAŚMIN

W życiu Jaśmina bardzo długo istniały dwa światy. Pierwszy, uchwalony prawomyślnymi radami rodziców i suflującego im Boga, poprzez Dobroć, Czystość, Odpowiedzialność i Posłuszeństwo, wiódł do obiecywanych Dostatniej Przyszłości, Szacunku, Dobra i Szczęścia. Kontrolowało go sumienie, umieszczone blisko wstydu przed ludzkimi językami i pokory, graniczących z nieśmiałością. Mąciły ten świat zniechęcający trud i przewidywalność takich samych dni. Kiedy był mały, lubił, jak gasło światło i siedzieli z rodzicami przy świeczkach. Uwielbiał podczas burzy patrzeć po zmroku przez okno, jak pioruny na ułamek sekundy rozbłyskują jasność dnia spośród nocy. Wyczekiwał niespodziewanych gości w domu. A jeśli nocowali, był zachwycony. 

Nie znosił dłużyzny i nudy takich samych dni. Bał się, że dorośnie i będzie musiał wychodzić ubrany jak ojciec w sztanach i wsuwanych pantoflach, a potem wracać i narzekać. Przestrzegał zdziwioną matkę, że nigdy tak się nie doprowadzi. Pewne sprawy już wtedy łapał odruchowo narzędziami drugiego świata, zbudowanego z niesprecyzowanych jeszcze pragnień, należących tylko do niego. Zapełniały go niesamowite wyobrażenia, snute wieczorami w łóżku, imitowane chłopięcymi zabawami między blokami na ulicy. Zawsze w pobliżu zakazanych przyjemności i pociągających ułatwień, taniego okrucieństwa i pokątnego występku. Mąciły ten świat raczkujące, a już nieopanowane żądze i obawa przed karą. Tylko pragnienie miłości łączyło oba światy.

SYLWIA

Chwilę po opuszczeniu miasta szczupła, nastoletnia dziewczyna o smukłej figurze modelki łapała stopa na poboczu drogi. Za jej plecami rozkołysane wiatrem tło lasu drżało w pomarańczowych konturach promieni wschodzącego słońca, prześwietlającego zwiewną sukienkę. Długie, czarne włosy falowały w rytm delikatnych poszumów liści niczym rozpościerające się do lotu skrzydła kruka. (…) Szlachetne i czyste piękno biło z głębokiego spojrzenia jej bursztynowych oczu, pełnych niezaspokojonej ciekawości. Usta jak pełne szeptów (…) Egzotycznie ciemna cera. Krucze włosy, zwiewnie i subtelnie zgrane ze smukłą delikatnością przeapetycznego ciała, fascynującego świeżością. (…) Jej pogodna twarz z różnymi wersjami uśmiechu. Prześwietlane słońcem włosy i sposób ich poprawiania. Ponętnie rozkołysany chód. Ulubiona czarna bluza z kapturem. Opinany bluzą ciężar piersi. Krągła wypukłość ud (…) Symetryczne kolana nad krótkimi spodenkami. Subtelne kostki ponad linią trampek.

TYTUS

Tytus zawdzięczał ksywę podobieństwu do bohatera kultowego komiksu Papcia Chmiela. Wygadany, niefrasobliwy, niezaspokojony hedonista nie mniejszy niż Jaśmin, tylko jeszcze bardziej ostrożny. Obydwaj podobnie starali się kalkulować życiowe zyski i straty na tyle rozważnie, by dobrze się bawić, ale unikać cierpienia. Uwielbiali się.

– Ta druga też aligancka cizia – zauważył kumpelę siedzącą naprzeciw Sylwii, przodem do nich. – Chociaż ja to, wiesz, takie bardziej dupiaste i wyuzdane preferuję. Ech, żeby tak jeszcze penisa pogrubić – rozmarzył się w swoim stylu.

GALER

Urodził się tylko przez zupełny przypadek w kraju o nazwie Polska, wśród podzielonej przez różne sprawy wszerz i wzdłuż wspólnoty ludzi zwanej społeczeństwem, narzucającej przestrzeganie takich czy innych zasad w imię sprawiedliwości. Tylko czy sprawiedliwym było wymaganie od kogoś przestrzegania zasad i przywiązania do praw wspólnoty, w której znalazł się bez udziału własnej woli? Prawdziwa ojczyzna Galera nie miała takich czy innych granic.

ARMATKA

(…) podobne miała podejście: zero tabu, Boga nie ma, więc wszystko wolno i inne takie. Z tą różnicą, że Armatka, w przeciwieństwie do Pszczółki, za to adekwatnie do ksywy, wyglądała. Blisko 100 kilogramów wagi, rozwrzeszczanych, rozchichranych, pyskatych i bezczelnych, w okularach jak denka od butelek i szerokorondych kapeluszach.

ULMAN

(…) na początku liceum Ulman jeszcze nie skinował i z kudłami jak smoła, mimo jasnej cery, niespecjalnie wyglądał na nordyka. Nazywali go Cygan. Dopiero z łysą glacą, jak teraz, pasował do ideologii. Pod utlenionymi brwiami jego ciemnoniebieskie oczy jaskrawiały jak chabry wśród zboża na kościstej skale twarzy o zastygłej, jak z kamienia wykutej mimice. Zachowywał się i prezentował inaczej niż jego podwładni; rozlaźli, ubrani tak samo topornie naziole. Przypakowany jak oni, ale bez bebecha. Czysty, schludny, wręcz subtelny, nonszalancko opakowany w eleganckie, czarne, półsportowe kreacje Hugo Bossa.

LIPKA

Obcięty jak skin, bardzo krótko przy skórze, zjawił się Lipka w czarnych sztruksach, czarnej marynarze, czarnej koszuli, bordowym krawacie i ogromnych bordowych glanach.

– Może i wyglądam jak skinhead, ale mam duszę rastamana – odczytał i wyjaśnił wątpliwości Bursztyna.

PLUSZAK

Najmniejszy z nich, a najodważniejsza zadziora i bezczel. Zawsze najwięcej pyskował podczas sprzeczek i zadym (…)

Wywlókł się, ciągle zaspany. Pod oczami sine wory telepatyczne. Pociągając nosem, przybił piątkę. (…) szurając jak zombie rozwiązanymi, pozdzieranymi glanami, doprowadzał do nieporządku sfatygowaną pankową garderobę zawodowego anarchisty, a potargane jak zwykle włosy targał jeszcze bardziej.

POZIOMA

Na polu emocji Pozioma pozostał podobny jak w wieku dziesięciu, dwunastu lat. Skory do żartów i zabaw, frywolny, z figlarnie-radosnym błyskiem w oku. Bezkompromisowość i nieodpowiedzialność rozrywkowego trybu życia z czasem zawładnęły nawet jego ciałem. Luźnym, giętkim i rozkołysanym jak ciało akrobaty albo egzotycznego tancerza. Już przybijali piątki, wymieniali uprzejmości… Nagle Pozioma wskoczył na Bursztyna, objął go rękami i nogami, i przycisnął się, zawisając na nim jak dziecko albo jak kochanka… (…) uśmiechnął się szeroko, odsłaniając zgryz bez górnej jedynki, którym lubił epatować.

MAŁA AGATA

Nagle przypałętała się ta mała: metr pięćdziesiąt, szczupła, drobna, z uroczo roztrzepanymi blond włosami do ramion, ciemniejącymi przy skórze jak odrosty po farbowaniu. (…) Zamiast odpowiedzieć, odwróciła się i bezceremonialnie zaczęła się w niego wpatrywać. Stanęła nawet na palcach i próbowała zajrzeć mu w oczy. Swawolne, ale przeszywające dojrzałą pewnością siebie spojrzenie nie pasowało do miękkich rysów jeszcze dziecięcej buźki. Jaskrawoniebieskie, już kobiece oczy w zbliżeniu lśniły jak ogromne neony, przebijające jasność dnia.